Maxim -„Maximus”  (Recenzja)

„My name is Gladiator!”, czyli recenzja albumu „Maximus”.

Maxim walczy na naszej rapscenie dzielnie niczym Russel Crowe w swojej najsłynniejszej roli. „Maximus” to kolejna płyta w dorobku białostockiego rapera. Jak przystało na prawdziwego reprezentanta Aloha Entertainment raper ma swój własny lot i nie pędzi ślepo za trendami.

Pobieżny odsłuch krążka „Maximus” to duży błąd, ponieważ to właśnie na dłuższą metę albumu słucha się dobrze. Maxim broni się energią, autentycznością i zajawką; słychać, że nie ma jakiegoś utartego schematu i przepisu na zrobienie albumu. W większości kawałków czuć klimat zachodniego wybrzeża („Między innymi”, „Na ostatnią chwilę”), ale nie brakuje też bardziej eksperymentalnych numerów („Rwetes”). W niektórych numerach Maxim serwuje trochę bardziej osobiste wersy („Zapamiętaj mnie”, „Nie składam broni”), w innych rozstawia gamoni po kątach i strzela skillsami jak z karabinu („Białostocka Szkoła”). Warto też zwrócić uwagę na bonusowy track „Po prostu leć” – mocne, rockowe brzmienie połączone ze świetnymi scratch’ami.

Jeśli chodzi o technikę i flow, to Maximowi nie można niczego zarzucić. Kiedy trzeba raper przyśpiesza i zmienia intonację, bez uszczerbku na wyraźnej artykulacji. Pomysłowe, wokalne refreny w wykonaniu Julki Wawreszuk i Danny’ego również są mocnym punktem albumu. Nie sposób nie zauważyć ciekawej koncepcji albumu, czyli nawiązań do „Gladiatora” Ridleya Scotta. Maxim jako lokalny patriota w swoich wersach nie zapomina o Białymstoku i zaprasza gości ze swojego miasta (m.in. Cira i Hukos).

Praktycznie jedynym mankamentem krążka jest to, że momentami Maxim niepotrzebnie traci swoją energię na hejterów i słabych raperów. Kumatym nie trzeba tłumaczyć, że obecnie duża część rapgry to syf – ci słuchacze doskonale o tym wiedzą i tym bardziej docenią płytę „Maximus”. Niekumaci dalej będą swagować i trapować, im już nie pomogą ani bluzgi ani morały.

Album „Maximus” to w gruncie rzeczy udana produkcja. Nie jest to płyta przełomowa, jednak ma w sobie coś co sprawi, że część słuchaczy będzie regularnie do niej wracać. Najnowszy, całkiem niezły krążek Maxima można ostatecznie postawić na półce pomiędzy DVD z filmem „Gladiator”, a CD ze ścieżką dźwiękową Hansa Zimmera. Chociaż ich poziom jest różny, to warto regularnie odświeżać sobie wszystkie trzy dzieła.

Ocena: 4/6

maxim-maximus

Komentarze

Komentarz

News Reporter